Bob Marley – ikona, legenda, miłośnik marihuany

Od śmierci Boba Marleya minęło już 35 lat, to jednak najprawdopodobniej nie ma świecie osoby, która by o nim nie słyszała. Dzień jego urodzin świętowany jest na Jamajce bardzo hucznie i stanowi wydarzenie, na którym miłośnicy marihuany mogą poczuć się jak w jednej wielkiej rodzinie. Bob Marley i jamajska flaga to dwa najpowszechniejsze symbole w społeczności cannabis – występują na koszulkach, plakatach, obrazach. Boba chwali się również za propagowanie idei rastafarianów i rozpowszechnienie reagge poza tropikalne wyspy. Czym zasłużył sobie na miłość tysięcy ludzi?

Bob Marley

Bob Marley

Popularność Rasta

Bob Marley nie był przeciętnym użytkownikiem trawki, w jego paleniu było coś więcej niż tylko chęć zrelaksowania się i odpoczynku. Miał on w tym większy cel, zarówno dla siebie, jak i całej społeczności. Warto też zaznaczyć, że Bob był niesamowicie religijny i w swoich przekonań nie przekazywał „dla zabawy” – on naprawdę, z całego serca w nie wierzył. Marley praktykował rastafarianizm od ok. 1960 roku, kiedy to odciął się od chrześcijanizmu. Pięć lat później powstał już jego pierwszy zespół, w którym pełnił rolę lidera i głównego wokalisty. To właśnie dzięki muzyce postanowił przekazywać swoje przekonania, dzięki czemu na Jamajce powstał silny ruch Rasta, który z powodzeniem funkcjonuje do dziś, a Marley jest dla nich kimś porównywalnym do proroka.

Skąd jego miłość do marihuany?

Marihuana i rastafarianizm tworzą nierozerwalną parę. Rasta uważają, że cannabis jest narzędziem duchowym, pozwalającym wydostać się z ponurej rzeczywistości, która w większości serwuje nam ból, cierpienie i wojny. Marihuana pomaga w medytacji i otwiera kolejne drzwi by potencjalnie zrozumieć wszechświat. Prawdziwy, silnie wierzący rastafarianin nigdy nie zapali dla rekreacji – zawsze będzie miał w tym wyższy cel.

Jak zatem wytłumaczyć to, że Bob często palił na koncertach, klubach i w innych miejscach, które nieodzownie łączą się z zabawą? Marley często podkreślał, że muzyka jest jego sposobem na szerzenie dobra i w pewnym stopniu odgrywa w jego życiu rolę modlitwy. Twierdził, że palenie na koncercie to tylko sposób praktykowania obrzędów religijnych. Marley uważał się za człowieka zupełnie oddanego religii, który jest w stanie być w kontakcie ze sztuką i poezją za pośrednictwem marihuany, ponieważ zgodnie z założeniami rastafarianów – miało to na celu pomoc społeczności jamajskiej.

Tak więc każdy z nas, kto następnym razem włączy “No Woman, No Cry“, zapali jointa i spojrzy na najsławniejszy jego plakat, niech pamięta – Bob Marley uważał marihuanę za świętą roślinę, która nie ma służyć „odlotowi”, a jako narzędzie uwalniające nasz ciemiężony umysł. Dlatego muzyka, którą stworzył jest tak bardzo aktualna, nawet dzisiaj, kiedy to przez te 50 lat zmieniło się praktycznie wszystko. Była w niej głębia i wiara, czyli coś, czego w teraźniejszej muzyce ze świecą szukać. Czy jego idee były dobre i warte propagowania? Na to pytanie już każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Bob Marley

Bob Marley

Ciągła walka o dobre imię marihuany

Nie w każdym kraju przyjęli wiadomość o nowej sławie z wielkim entuzjazmem. Świetnie widać to na przykładzie Japonii, w której jeden z albumów – „Kaya” wydano z ogromnym opóźnieniem tylko przez to, że z tyłu okładki widniał palący się joint. Obrazek oczywiście zmieniono, a planowano nawet ocenzurować niektóre piosenki czy zakazać sprzedaży płyty! Marihuanofobia trwa w Japonii do dziś, jednak nie zakrawa już o paranoję i na pewno duża zasługa w tym Boba.

Bob Marley zawsze bronił marihuany i tego, jak często ją pali. Uważał, że oskarżanie rośliny, która istnieje w kooperacji z człowiekiem już tyle lat i jest dziełem samej natury, można nazwać tylko bluźnierstwem. „Jak roślina stworzona przez Boga może zostać zdelegalizowana przez ludzi? To znaczy, że mogą powiedzieć Bogu, że nie jest to zgodne z prawem?” zapytał Bob pewnego kanadyjskiego dziennikarza w czasie wywiadu. „Jeśli uprawa marihuany ma być przestępstwem, wówczas rządząc się prawami człowieka Bóg, który stworzył wszystkie rośliny, również jest przestępcą.”

Jeden z największych przebojów Marleya “I shot the sheriff” (który został spopularyzowany przez Erica Claptona), opisuje losy hodowcy marihuany ściganego przez fanatycznego funkcjonariusza organów ścigania:

Szeryf John Brown zawsze mnie nienawidził,
Za co, nie wiem.
Za każdym razem gdy sadziłem ziarno,
Mówił: “Zabij to zanim urośnie.”
Mówił: “Zabij je zanim urosną.”

Bob Marley był zaznajomiony z tymi problemami. Jako pierwsza gwiazda muzyczna z Trzeciego Świata poszedł do więzienia za posiadanie marihuany, podobnie jak wszyscy trzej członkowie The Wailers.

Absurdalny koniec

Marley palił dużo trawy. Niektórzy ludzie, którzy wiedzą tylko o jego przedwczesnej śmierci i o tym, że palił marihuanę mogą sądzić, łącząc oba fakty, że jest to niezbity dowód na szkodliwość tej rośliny. Niewiele osób jednak zdaje sobie sprawę z tego, że historia śmierci króla reagge jest mniej romantyczna. Pewnego dnia Bob grając w piłkę nożną poważnie skaleczył się w duży palec. Oderwany paznokieć spowodował rozwój zapalenia, które było na tyle silne, że lekarze mogli tylko amputować palec. Marley ze względów religijnych nie chciał się na to zgodzić. Stan zapalny szybko przerodził się w raka, który rozprzestrzenił się po całym ciele – aż zaczął atakować mózg. W tak tragicznym stanie Bob był w stanie przeżyć dwa lata i wg dr Issel z Bawarii mogło to być zasługą THC i innych aktywnych składników marihuany. Jednak czy taki koniec jest godny króla i czy nie sugeruje już fanatyzmu? To także pytanie bez jednoznaczniej odpowiedzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.